
Nie po raz pierwszy dałem się złapać Audiotece na chwytliwą okładkę ich superprodukcji – powieści czytanej na głosy przez plejadę znanych aktorów. „Destabilizacja” Szymona Zamożniaka utwierdziła mnie w przekonaniu, że książki nie należy oceniać po oprawie, zwłaszcza gdy autorem jest debiutant.
Streszczenie fabuły: Płock w ogniu i rosyjskie macki
W rafinerii w Płocku dochodzi do wybuchu. Sprawcą jest pracownik z Gruzji, Murtazi Shamatra. Poznajemy jego historię – drogę do Polski oraz kulisy szantażu, który pchnął go do aktu terroru. Śledztwo z ramienia ABW przejmują major Adam Kieś i podporucznik Robert Jackiewicz.
Starszy z oficerów od razu forsuje tezę o zamachu na tle religijnym, wskazując na islamskich ekstremistów (dowodem ma być Koran znaleziony w pokoju Gruzina). Młodszy partner, Jackiewicz, czuje jednak, że coś tu nie gra – profesjonalna grupa terrorystyczna uderzyłaby w tłum, by zmaksymalizować liczbę ofiar, tymczasem w rafinerii zginął jedynie kierownik instalacji, Eugeniusz Macherski. W toku śledztwa okazuje się, że Shamatra zginął w wypadku drogowym w dniu wybuchu – ktoś ewidentnie zaciera ślady.
W tym samym czasie w Warszawie przedstawiciele rosyjskiego GazTechu negocjują kontrakt energetyczny. Delegacji towarzyszy Giennadij Szypulski (występujący jako Grzegorz Wiśniewski), szef spółki Omnisec, lobbującej na rzecz Kremla. Polski rząd twardo stawia na dywersyfikację, więc Szypulski sięga po „kompromaty”, by uderzyć w premiera.
W tle działają oficerowie SKW, którzy podejrzewają majora Kiesia o kolaborację z Rosjanami. Próba „skręcenia” śledztwa w Płocku dostarcza im brakujących dowodów. Przy okazji trafiają na trop kontaktów premiera z lobbystą, co może wstrząsnąć fundamentami państwa.
Moje wrażenia – szczerze i bez owijania w bawełnę
Zacznę od krótkiej rady: omijajcie tę książkę i słuchowisko szerokim łukiem. Nie wymagam od literatury popularnej poziomu wybitnego, ale oczekuję zachowania elementarnych standardów zdroworozsądkowych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wystawiłem ocenę poniżej 5/10, ale tej powieści dałem naciąganą tróję.
Początek jest wciągający, ale im dalej w las, tym gorzej. Liczyłem, że finał uratuje całość, ale dostałem najgorsze z możliwych rozwiązań – zero zaskoczenia, same skróty. Autor ma rażące braki w wiedzy o funkcjonowaniu państwa i służb w sytuacjach kryzysowych.
„Zarządzanie akcją ratunkową objął kierownik Biura Spraw Obronnych i Zarządzania Kryzysowego. Natychmiast po wybuchu wezwał na miejsce jednostki wojskowe i żandarmerii wojskowej...”
To bzdura. Żaden cywilny „kierownik” biura w strukturze samorządowej czy resortowej nie ma prawa ot tak „wezwać” wojska. Takie procedury są ściśle uregulowane ustawowo i wymagają decyzji na szczeblu ministerialnym lub wojewody w ramach wsparcia administracji cywilnej.
Najbardziej jednak razi warsztatowa powierzchowność. Wiedza autora o służbach specjalnych wydaje się zaczerpnięta z internetowych nagłówków i niskobudżetowych filmów. Jakby tego było mało, lekturę dobijają forsowane na siłę feminatywy stopni wojskowych: „poruczniczka” czy „sierżantka”. W środowisku mundurowym, gdzie tradycja i precyzja nazewnictwa mają swoje głębokie uzasadnienie, brzmi to karykaturalnie. Za taką „twórczość” powinna grozić karna kompania i kopanie okopów od świtu do zmierzchu.
Ocena: 3/10

W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.