Historyjki pewnego licealisty #3 [Gry fabularne jako źródło inspiracji do pisania opowiadań]

in #pl-rpg6 years ago

pobrane.jpg

Jak byłem w liceum, moje zainteresowanie zaczęło krążyć wokół gier fabularnych. W bibliotece publicznej pytając o jakąś ciekawą lekturę, otrzymałem śliczną perełkę: Oko Yrrhedesa! Książka spisana piórem wielkiego polskiego fantasty Andrzeja Sapkowskiego, była mała i podniszczona, ale na maksa rozbudziła moją ciekawość światem "Role Play".

Gdy skonczyłem opisywać zadanie poboczne, o którym mowa tutaj, zacząłem się zastanawiać, kim jest Nicolas Hardin, jaka jest jego historia. Doszedłem do wniosku, że warto byłoby dopracować ten szczegół. Zacząłem więc pisać...

Historia ta nie jest ciągła, bo nigdy taka być nie miała. Chciałem by była zbiorem anegdotek , które jako tako miały zarysować jej historię, a nie w pełni ją opowiedzieć.

"Nicolas, jestem Nicolas Harden"

-Hej! Hej stary! Ocknij się!
-Co jest? Ale mnie łeb boli. - powoli otworzyłem oczy.
Nad Tobą pochylał sie mężczyzna w okularach, ubrany w biały kitel lekarski.
-Uff, żyjesz. Co tu się stało? - spytał.
Podniosłem się na łokciach i rozejrzałeś po okolicy. Nie był to miły widok. Leżałem na polu bitwy, bardzo krwawej bitwy. Wszędzie pełno krwi, szczątków ludzkich ciał i złomu. Wszystko to wydawało mi się takie odlegle i obce, a jedyne co czułem to zdziwienie.
-Gdzie Ja do cholery jestem?
-Miałem nadzieję dowiedzieć się tego od Ciebie... Eee... Jak Ci na imię? - spytał mężczyzna
Pustka. Dostrzegłem kawałek munduru na ziemi z naszywką "Nicolas Har..."
-Nicolas Harden
-Miło mi! Jestem Milo Stark, sanitariusz z Posterunku. Jeśli pozwolisz to połatam Cię i odstawię Cię do najbliższego szpitala. Twardy jesteś, nazwisko nie kłamie. Taka rana powaliłaby dzika, a na Tobie nie zrobiła najmniejszego wrażenia. Musisz bardziej uważać... Nie! Zostań! Musisz leżeć Nico. Mogę Ci mówić Nico? Musisz uważać, możesz mieć wstrząśnienie mózgu, a wtedy kilka gwałtowynch ruchów i zobaczę co jadłeś na śniadanie. O ile coś jadłeś. Jesteś teraz w dobrych rękach. Będzie dobrze... - gadał jak najęty.
Przestałem zwracać uwagę na to co mówi. Pewnie to jakaś procedura pierwszej pomocy. Gadał jak najęty, żebym nie usnął albo żebym się nie nudził. Może ma jakieś rozdwojenie jaźni i jest dobry w gadaniu do siebie. A kto go tam wie! Z drugiej strony nawet lepiej, że mówi pierdoły niż się wypytuje, bo za cholerę nic nie pamiętam.
Strasznie to dziwne. Pamiętam że sklepikarz w Cotton Cowl ma świetnego węża na patyku, ale zapomniałem swojego imienia, co robiłem w Cotton Cowl, skąd jestem, czym się zajmowałem i najważniejsze: CO JA ROBIĘ NA ŚRODKU TEGO PIEPRZONEGO I ZAKRWAWIONEGO PUSTKOWIA?! Zaraz! Coś mi świta! Chuck? Nie, Czarny? Nie. Charles! Charles Vimes! Cholera, tylko kto to jest?
-Dobra, gotowe. Teraz tylko trzeba dojść do mojej furgonetki, jest niedaleko. Dasz radę wstać? - ale się rozgadał
-Milo? Znasz Charlesa Vimesa? - to pytanie jak się później dowiedziałem było bardzo ryzykowne.
-Tę kanalię?! Tego karalucha, aroganckiego... - złapał oddech, powoli wypuścił powietrze - Tak znam. Co z nim?
Jego reakcja była tak niepodobna do tego dobrotliwego sanitariusza, którym był przed chwilą, ale to dobrze. Istnieje duża szansa, że pomoże mi go znaleźć.
-Jego imię to jedyna rzecz jaką pamiętam. - odpowiedziałem
Nastała głucha cisza, a Milo nie odezwał się aż do furgonetki. Była pomalowana na biało, a na każdym boku miała wielki czerwony krzyż namalowany farbą. Polecił mi żebym wsiadł do tyłu i znalazł sobie w jego torbie jakieś śniadanie. Poradził mi również się przespać, a do Vimesa wrócimy wieczorem. Był moim jedynym łącznikiem z przeszłością.

(...)

Ty i Milo jedziecie przez pustynię, w jakiejś zdezelowanej furgonetce, którą kupiliście za lekarstwa i trochę złomu zebranego podczas ostatniego ataku Molocha na elektrownię. Wojna z Molochem ciągnie się od początku "Nowej Ery", śmieciowiska, w którym przyszło nam żyć po wojnie atomowej. Nagle słychać rzężenie silnika i huk. Samochód stanął, a spod maski unosił się dym.
-Co za rzęch! - Milo uderzył pięścią w kierownicę, tak że klakson rozległ się po pustkowiu.
-Trzeba było brać Jeep'a - mówisz
-Gdybyś nie próbował staranować Zabójcy to nie musiałbym kupować "nowej" bryki! - krzyknął jeszcze raz uderzając w klakson
-Gdybym nie staranował...
-Próbował - przerwał Ci Milo
-Gdybym nie staranował tej dwutonowej kupy żelaza, zbierałbyś swoje kawałki po całym Ohio! A poza tym, gdybyśmy go nie ubili to nie mielibyśmy kasy na te wszystkie leki.
-Połowę z nich i tak musieliśmy wydać na tego grata. - rzekł widocznie spokojniejszy
Cały Milo. Uspokaja się równie szybko co się denerwuje.
-A tak apropo tej transakcji. Sprzedawca dałby nam nowy samochód za to ramie robota, ale Ty uparłeś się, że go nie sprzedasz. Czemu? I tak nie umiesz go obsługiwać.
-Spokojnie, rozgryzę jak działa i będziemy mieć wyrzutnie rakiet.
Otworzyłeś bagażnik i wyjąłeś z niego wspomnianą rękę. Miała metr długości i ważyła z 10kg
-Mogę akumulator? - nie czekając na odpowiedź wyjmujesz czarną skrzynkę z pod maski samochodu
-Hej! Nie pomyślałeś, że może być potrzebny do uruchomienia samochodu?
-Ale jest też potrzebny do uruchomienia ręki.
Podłączyłeś ramie do akumulatora, a mechaniczne ramie ożyło i złapało Cię za przegub ręki. Czułeś jak stalowy uścisk łamie Ci kości przedramienia. Kopniakiem odłączyłeś akumulator, a uścisk się rozluźnił. Warto wiedzieć, że ono tak potrafi.
-Trzymaj - powiedziałeś oddając Milo akumulator
-I jak? Działa? - zapytał zaciekawiony
-Działa - podwinąłeś rękaw - aż za dobrze
Milo zaniemówił widząc ogromne siniaki przypominające palce.
-To coś tak Cię załatwiło w kilka sekund? - wydusił z siebie w końcu.
-Skończyłeś naprawę? - spytałeś zmieniając temat
-To chyba była wina chłodnicy, ale zaraz się przekonamy. Wsiadaj.

i-neuroshima-1-5.jpg