
Gdyby 10 lat temu ktoś powiedział mi, że "Pokemony" i "Sonic" będą najlepszymi filmowymi adaptacjami gier (przy takiej konkurencji jak "WarCraft", nowa część "Tomb Raidera"), to uwierzyłbym połowicznie. Gdyby chodziło wyłącznie o "Pokemony", to jeszcze bym uwierzył, ale sukces filmu o niebieskim jeżu był dla mnie gigantycznym zaskoczeniem, którego się nie spodziewałem. Tak samo, jak nie spodziewałbym się, że spodoba mi się bezpieczny film, które zazwyczaj krytykuję lub będę patrzył krytycznie na filmowego "WarCrafta", markę która towarzyszy mi niemal całe moje życie. Raczej nie muszę tłumaczyć czym są "Pokemony". W jednym z ostatnich swoich tekstów o akcji Shūeishy (swoją drogą, to fake news, zaraz po tej sytuacji wyszły informacje, które dobitnie udowadniają, że tym razem to nie jest ich "zasługa") streściłem je w paru zdaniach. To światowy fenomen, coś jak DBZ, "Witcher" który stał się nim dzięki grze "Witcher 3: Wild Hunt", Marvel Cinematic Universe, "Harry Potter", "Captain Tsubasa" czy "Sailor Moon", "Star Wars". Tytuł, który zdobył gigantyczną popularność na całym świecie przez gry, anime i w innych "typach przedstawiania kultury" (zdaję sobie sprawę, że powyższe zdanie może być złe, ale nie umiem tego inaczej trafnie przedstawić). Każdy z tych tytułów miał swoje lepsze i gorsze momenty, ale w swoim prime-time były na tyle popularne, że mogliśmy o nich usłyszeć lub obejrzeć wszędzie. W każdym mieście znalazł się przynajmniej jeden człowiek, który by nam to wyjaśnił. Zazwyczaj młody, ale bywali też rodzice, którzy oglądali w/w anime (lub książki, filmy) wraz ze swoimi dziećmi i im się podobał. Czy to w Azji, obu Amerykach, Europie zachodniej, wschodniej, wszędzie tam, gdzie nie zostały zbanowane lub potępione przez władzę, czy dominującą religię. Zwłaszcza, że zazwyczaj wraz z rozpoznawalną marką filmową lub serialową, dostawaliśmy mnóstwo różnych gadżetów. U nas w Polsce to były naklejki, które dodawano np. do gum do żucia albo krążki czy karty, na których były postacie Pokemonów lub innych postaci. Pamiętam jak za szkolnych lat kupowaliśmy masowo gumy tylko dlatego, by zobaczyć, jakie naklejki zdobyliśmy. W przypadku chipsów było jeszcze lepiej, bo młodzież macała torebki, by nie kupić przypadkiem opakowania bez tego Tazosa. Doszło do tego, że wszystkie sklepy spożywcze miały oznaczenia w miejscach z chipsami, że macanie opakowań jest zakazane (bo nikt nie chciał kupować pogniecionych, czasem na proch, chipsów). Ten, kto miał szczęście i trafił na jakąś rzadką naklejkę lub żeton, był celebrytą przez kilka godzin w szkole.

No i pewnego dnia studio filmowe i Nintendo, postanowiły zarobić dodatkowe pieniądze na popularnej marce. Dotychczas filmy animowane zarabiały nie małe pieniądze, ale żadna taka produkcja nie zarobi tyle ile efektowny blockbuster. No chyba, że mowa o popularnych filmach Disneya, Pixara, Ghibli etc. ale te i tak są raczej wyjątkiem niż regułą. Czy ten film był sukcesem finansowym? Z tego, co pamiętam, to raczej nie. Na pewno zarobił na siebie i przyniósł zysk, ale raczej nie był maszynką do zarabiania gigantycznej ilości pieniędzy, jak MCU, czy franczyza "Dragon Ball". Na pewno jednak pokazał, że można na nim zarobić dodatkowe pieniądze oraz przedstawić świat znany z anime i gier na język filmu. Wielu ludzi wątpiło w to drugie, tak jak do dziś niektórzy wątpią w możliwość przeniesienia przygód Goku na duży ekran. Fakt, jest to maksymalnie bezpieczny film ze wszystkimi jego wadami i zaletami, co może niektórych wkurzyć, ale patrząc na poziom trudności w kwestii jego sensownej adaptacji, to uważam że lepiej jest zrobić bezpieczną produkcję. Zbierze się grupę fanów, zobaczy się po internecie, opiniach, grupach focusowych, co zostawić, a co wyrzucić z kolejnej części i można się pobawić formułą w sequelu. Bezpiecznie wykonany obraz zazwyczaj zarabia satysfakcjonujące pieniądze, a ryzykowna adaptacja, to ryzyko straty pieniędzy lub reputacji, co utrudnia lub uniemożliwia powstanie kontynuacji.


Fabuła filmu jest bardzo prosta, wręcz schematyczna do bólu, jak w każdej bezpiecznie zrealizowanej produkcji. Mamy generyczny główny wątek - ot młody chłopak nie ma kontaktu z ojcem, mieszka u babci i na skutek pewnych wydarzeń, postanawia dołączyć do swojego ojca. Przybywa na miejsce, dowiaduje się szczegółów, poznaje ludzi lub istoty, które go znały i idziemy jak po sznurku do rozwiązania intrygi. Z tego, co słyszałem, to jest wierna adaptacja gry "Detektyw Pikachu". Pamiętam, jak lata temu ogłoszono, że będzie film "Pokemon" i zdecydowano się na wykorzystanie tego tytułu jako materiał źródłowy. Wielu ludzi krytykowało tę decyzję (ja również), ale byłem wtedy jeszcze filmowym ignorantem, który nie rozumiał specyfiki tego przemysłu. Dzisiaj, zwłaszcza po seansie, widzę jak bardzo się myliłem. Trzeba stworzyć przede wszystkim dobry film, przedstawić ten duży świat szerokiemu widzowi, który niekoniecznie będzie go znał. Jasne, jest mnóstwo ludzi, którzy grali w gry, oglądali anime lub wychowywali dzieci zakochane w tej franczyzie, ale co innego wiedzieć to i owo, a co innego naprawdę poznać i zrozumieć ten świat. Na tym wywalili się twórcy "WarCrafta", którzy chcieli pokazać zbyt wiele rzeczy, przedstawić zbyt duży obszar świata lub jego historię, a zapomnieli zrobić dobry i trzymający się kupy film. Jasne, były w nim dobre elementy, które chwalili zarówno ci, którzy nie znają gier lub nie są fanami filmu (w przeciwieństwie do mnie), ale zostało to pogrzebane przez nieudane elementy. Co z tego, że było w nim wiele dobrych rzeczy, jak przeważały te złe, a sama produkcja jest ewidentnie niedopracowana?

Nieprzypadkowo nawiązałem do DBZ. "Detektyw Pikachu", podobnie jak "Matrix 3", czy zwłaszcza "Man of Steel" pokazały, że można zrobić filmową adaptację tego anime i będzie to wyglądało na ekranie realistycznie, jak również będzie zgodne z tym, co widzimy w anime (walki w powietrzu, kule energii, niszczenie środowiska lub budynków). Z oczywistych względów, omawiany przeze mnie film, nie kojarzy się tak z Goku, jak MoS, ale odczuwałem satysfakcję widząc finałową walkę między Mewtwo, a Pikachu. Nie była ona co prawda zbyt długa, ale przez te kilka minut odczuwałem radość myśląc w głowie "ha, ciekawe, co powiedzą teraz ludzie, którzy mówili, że nie da się zaadaptować anime opartych na walce". Wraz z każdym kolejnym rokiem, jest to coraz prostsze zadanie. Efekty specjalne, jak każda technologia, starzeje się szybko, a co za tym idzie, można coraz tańszym kosztem zrobić tego typu pojedynki. Warto też pochwalić krótkie walki Gengara vs Blastoise, Pikachu vs Charizard, czy nawet sceny, w których widzimy jaką mocą dysponują Pokemony - np. Cubone z początku filmu, który potrafił zrobić dość duże (jak na swoje niewielkie gabaryty) boom za pomocą swojej kości. Mam nadzieję, że sequel będzie miał dużo więcej takich sekwencji.

Reasumując, jest to niezły film, na którym bawiłem się przyjemnie. Nie tak bardzo, jak w przypadku "Sonic the Hedgehog", ale daleko mi do krytykowania go jak np. "Wonder Woman 1984". Efekty specjalne były ładne, świat znany z gier i anime wygląda bardzo dobrze w wersji filmowej. Można wręcz wyrzucić do kosza wszelkie słowa krytyki, że "nie da się przenieść tych dziwacznych stworów w realistyczny sposób na ekran kina", bo Pokemony zostały świetnie i bardzo szczegółowo wykonane. Fanserwis był w odpowiedniej ilości - nie było go za mało, raczej nie odczujecie jego przesytu lub niedostatków, był tam gdzie trzeba. Nawet piosenka z intro została świetnie umiejscowiona. Jedyne do czego mógłbym się naprawdę przyczepić, to Ryan Reynolds, który był za mało Pikachu, a za bardzo Deadpoolem w wersji elektrycznego chomika. Ale nawet to mnie nie wkurzyło, a jedynie czasami lekko wytrąciło z tego świata. Poza tym przyzwoity, bezpieczny film. Takie +6/10 z serduszkiem. Czekam na sequel i mam nadzieję, że tym razem dostanę w pełni dobrą produkcję, by móc wziąć swoją dziewczynę do kina, a nie oglądać go na Netflixie.
witam. Oglądałem to dla mnie kiepskie
Witam. No, super film toto nie był, ale mi się względnie podobało :).