Dziennik #226/2023 - sześć mitingów w siedem dni

in #polish3 months ago

Dobry wieczór.

Tak jak przewidywałam tak nockę miałam z głowy. Nie mogę przestać myśleć o Jurku, który odszedł i smutek mnie ogarnia tak cholerny, że aż oczy robią się mokre. Niby mam te 31 lat i powinnam rozumieć, że śmierć jest naturalną koleją rzeczy, ale jednak ja sobie z tym kompletnie poradzić nie potrafię. Minie na pewno wiele dni zanim się z tym uporam, a na razie daję sobie pełne prawo do po prostu najzwyczajniejszego w świecie przeżywania bólu po odejściu kogoś znajomego. I nie zrozumcie mnie źle, nie jestem w jakiejś głębokiej żałobie, ale po prostu mnie to odejście boli, bo był to naprawdę fajny gość. I takiego go zapamiętam. Uśmiechniętego, z papierosem w zębach i wiecznie wspierającego mnie niezależnie od tego ile razy łamałam abstynencję. Pomimo różnicy wieku między mną, a panami z owego mitingu, gdzie wszyscy mogliby być moimi dziadkami to swoim ciepłem stworzyli dla mnie bezpieczne miejsce. A teraz to miejsce jest jakieś wybrakowane. Brakuje ciętych ripost i opowieści o tym jak trudno było dostać pomoc dwadzieścia lat temu. No kurwa będę tęsknić.

Bardzo źle spałam w nocy. Nie mogłam spać, a gdy zasypiałam śniło mi się, że jestem w kasynie, gram i piję alkohol. Sny były bardzo realistyczne co wymęczyło mnie tylko bardziej. Z jakiegoś nieznanego mi powodu i tak obudziłam się przed budzikiem i nie mogłam już zasnąć, więc wcześnie zaczęłam dzień.

Pojechałam z kolegą na miting i było fajnie. Była spikerka czyli jedna osoba opowiada swoją historię drogi do trzeźwości i bardzo mi się podobało. Ogólnie lubię tego człowieka, który się akurat dzisiaj wypowiadał, więc fajnie było poznać jego historię, bo jej nie znałam. Po mitingu padło hasło, żebyśmy poszli na obiad i choć liczę każdą złotówkę to zgodziłam się, ponieważ chciałam się zintegrować, a nie siedzieć sama w domu. Obiad jak na swoją cenę był mocno średni, a po obiedzie poszliśmy jeszcze z kolegą na lody. Spędziłam naprawdę fajnie czas, bo kolega jest już długo trzeźwy, więc nie jest dla mnie zagrożeniem tak jak pseudo przyjaciel, a do tego ma fajne poczucie humoru i naprawdę naśmiałam się tyle co dawno mi się nie zdarzyło. Bardzo pozytywne przedpołudnie.

Po powrocie do domu byłam tak obżarta, że musiałam się chwilę zdrzemnąć, bo nie szło nawet normalnie oddychać, naprawdę. Mimo wszystko warto było tak zgrzeszyć i polecam Wam w McDonalds zimowe McFlurry [nie wiem czy dobrze to piszę], bo jest naprawdę godne. Z polewą czekoladową wjeżdża jak cieplutki kocyk otulający duszę. Nie ściemniam, naprawdę tak jest. Po drzemce wstałam, trochę ogarnęłam mieszkanie i siebie i uzupełniłam dzienniczek na terapię. To coś podobnego do tego co skrobię tutaj, ale tam bardziej skupiam się na uczuciach, emocjach i uzależnieniu. Tam nie robię takich słowotoków jak mi się zdarza tutaj, tam są dzienniki w pigułce można by rzec.

Na wieczór mam bardzo ambitne plany czyli granie w Simsy i szósty miting w tym tygodniu. Poszalałam w tym tygodniu z tymi mitingami, ale to dobrze skoro trzyma mnie to w trzeźwości. To już prawie trzy tygodnie. Trzy tygodnie ciężkiej pracy, z której jestem bardzo dumna. Nie jest mi łatwo, ale nikt nie mówił, że będzie. Jestem bardzo rozbita, ale mam wrażenie, że w głównej mierze wynika to ze słabej jakości snu, a jest to o tyle dziwne, że biorę relanium i dwie inne tabletki nasenne, a mimo tego nadal nie mogę się wyspać. Alkohol sprawił, że mam bardzo wysoką tolerancję na leki, więc leczenie mnie jest prawdziwym wyzwaniem. Na koniec wrzucam film o chorobie jaką jest dwubiegunówka, ot tak jakby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Ja się pod tym filmem podpisuję obiema łapkami, niestety.

I to by było na tyle. Łapią mnie jakieś dziwne, sekundowe zawroty głowy dlatego dzisiaj dziennik wyjątkowo wcześnie, bo nie wiem jak wspaniale będzie się rozwijać moje samopoczucie dalej.

Do juterka.