Oczywiście w tekście mocno uogólniam, celem było rzucenie pewnej idei. Związane jest to wszystko z całkowicie innymi realiami, historycznie „dorobienie się” zajmowało o wiele więcej czasu, hierarchie społeczne były bardziej widoczne i miały większe znaczenie, no i ta pokoleniowość: skoro 80% to tacy „self made man” to znaczy że fortuny są mniej trwałe/ nieumiejętnie przekazywane.
Nie chcę też być źle zrozumiany: pieniądze są osobiste i za nic nie mówię, że człowiek zamożny musi komukolwiek pomagać, zauważam tylko, że mając pieniądze mamy również nieporównywalnie większe możliwości. Faktem też jest, że na każdym kroku zamiast tabliczek „ufundowano przez iksińskiego” są tabliczki „ufundowano ze środków unii europejskiej” albo z „budżetu obywatelskiego” więc gdyby ktoś chciał pomóc to czasami nie dość że musiałby wypełnić 500 druczków i zabiegać o zgodę to jeszcze zewsząd informowany jest że każda wiata autobusowa, szkoła czy inna ławeczka jest fundowana, więc i mniejsza jest potrzeba takiego patrona, który i tak płaci już astronomiczne podatki.
W swoim życiu spotkałem jednego człowieka zamożnego, który wykorzystywał swoje pieniądze w słusznej sprawie, miał firmę budowlaną gdzie połowę pracowników stanowili alkoholicy, byli to ojcowie, albo wujowie znajomych czy też losowe osoby, które spotykał. Dawał im szansę: możesz pracować u mnie za pomoc murarza, tynkarza, kogoś tam jeszcze, ale będziesz trzeźwy i pójdziesz na odwyk. Wielu się udawało. Jest też w moim mieście milioner-przedsiębiorca, który jest bardzo miły, uczciwy i szczodry (wspierał OSP, sierociniec etc.) a jego syn o mało nie miał sprawy w sądzie, bo kazał sprzątaczce wiązać sobie buty, a ludzi traktuje na tyle źle, że menadżerowie nie pracują tam więcej niż 2 lata, a i zarządza tak, że może i firma długo nie pociągnie.
Przekaz brzmi: „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” a pieniądze to wielka moc.
Temat sam jeszcze zgłębiam, a i oglądam czasem "Uczelnia ASBIRO" na YT, więc myśl może jeszcze kiedyś rozwinę .